wtorek, 1 sierpnia 2017

Co słychać na Biennale w Wenecji ?- pawilony




      Biennale oprócz dwóch głównych miejsc: Arsenału i Giardini było rozsiane po całym mieście. Trzeba idealnie zaplanować dwa dni zwiedzania (bo tyle jest ważny bilet wstępu za 30E), aby zobaczyć pawilony wszystkich państw i wystawy artystów indywidualnych. Nam niestety się to nie udało i poza kilkoma prezentacjami w samym mieście skupiliśmy się na centrum całego Biennale. Już na samym wejściu miałem plan oglądać prace tzw.  „naiwnym okiem” , na prędkości, bez posiłkowania się opisami, historią artysty itd. Pomyślałem, że zrobię to później. Szczerze mówiąc niektóre prace miały taką siłę oddziaływania, że opis był czasami  małym „mącikiem”, który obniżał wzniosłość realizacji. W kilku pawilonach odniosłem takie właśnie wrażenie.  W  niektórych było odwrotnie – dopiero opis pomagał mi odczytać dzieło.

     Szczególnie oddziałał na mnie pawilon włoski. Wchodząc do jego wnętrza na wstępie trąci grobem. Mało tu przytulnie. Odniosłem wrażenie jakbym był w laboratorium na pokładzie statku   kosmicznego, gdzie w każdym pomieszczeniu są trupy w różnych stadiach rozkładu.  Twórcą powyższego pomieszczenia oraz rzeźb z różnego rodzaju materiałów jest Roberto Coughi,  a rozległa instalacja nosi tytuł ,,Imitacje Chrystusa”. Widać w tej ,,fabryce ciał” obsesyjne działanie artysty, który regulując temperaturę i wilgotność każdego oddzielonego pomieszczenia, bada odporność, a raczej marność materii. Na rzeźbach, często szczątkowych formują się różnego rodzaju grzyby i mikroustroje. Dookoła spostrzegamy skomplikowaną aparaturę do tworzenia tych „ciał” i mamy wrażenie jakby doktor Frankenstein wyszedł na chwile na spacer, ale zaraz wróci i może nas zastać. Jestem tu nieproszony. Czuję to wyraźnie spoglądając na stoły prosektoryjne. Nie wiem jak długo mogą leżeć te ciała. Po stopniu  ich rozkładu podejrzewam, że co najmniej kilka lat. Na ścianie wiszą trofea: głowy, ręce, nogi. Nic się nie marnuje. Autor pieczołowicie dba, aby cała materia jego dzieła przeszła przez cały długi proces rozpadu. Największą podnietą dla niego nie jest jednak to, że te rzeczy znikają ale to, że „cierpią". Sensem tej pracy wydaję się być samo cierpienie, jego zapis i objawy.








      Przechodząc do pomieszczenia obok na chwilę odpoczywam od tych dantejskich obrazów. Wchodzę w ciemny las rusztowań, podtrzymujących cały sufit, który zdaje się być bardzo  nisko (około 2 metry). Dopiero po chwili w tej ciemności można dostrzec szerokie metalowe schody prowadzące do góry, a tam jakby na sali kinowej podczas seansu siedzą ledwo widzialni ludzie, którzy patrzą gdzieś w głąb, w coś, co jest nad rusztowaniem. Widzę już ich twarze. Bardzo przejęte. Zapewne kolejne makabryczne obrazy. Wchodzę i patrzę, a tam coś, czego od razu nie mogę zrozumieć. Rozległa powierzchnia, która jest odbiciem właściwego drewnianego stropu w tym ogromnym pomieszczeniu. Panuje półmrok, dlatego nie mogę określić na co patrzę. Ten oszałamiający krystaliczny obraz wyglądał jak iluzoryczna dziura z lustrzaną wersją sufitu, do której, czuję że bez problemu mógłbym wyciągnąć rękę. Po lewej stronie widzę turystę, który robi zdjęcia. To jedyne miejsce, w którym ta dziwna osobliwość jest w  zasięgu widza. Czułem się jakbym za chwilę miał odkryć nowy świat. Podszedłem do brzegu i wyciągając dłoń nadal przekonany, że napotka próżnię,  poczułem wodę, która przed chwilą cicha jak grób, teraz stworzyła grzbiet fali.


Giorgio Andreotta Calo, Bez tytułu-Koniec świata





      Wrażenie robi pawilon niemiecki. Powierzchnia galerii wyłożona była szkłem metr nad właściwą podłogą. Wchodząc do środka zacząłem rozumieć co znaczy powiedzenie: „stąpać po niepewnym gruncie”. Nie było to przyjemne uczucie. Ciągła obawa, że podłoga się załamie. Nie zastaliśmy performansu, który był głównym punktem pracy, ani dobermanów, które miały tam pilnować. Na dokumentacji widać jak pod szklaną podłogą przemieszczają się statyści wykonując proste czynności. Z powodu małej przestrzeni pod podłogą byli  bardzo ograniczeni, w dodatku obserwowani, a także upodmiotowieni bez reszty. Praca była bardzo złożona, składała się z kilku istotnych elementów, których nie zawsze udało się zastać. Tytuł Faust nadaje pracy szczególny kontekst. Archetyp dzisiejszego poszukiwacza prawdy, mądrości, który w celu jej zdobycia nie  zawaha się postawić na szali swojej duszy. Praca wydaje się być współczesnym obrazem jednostek poszukujących istoty rzeczywistości - w dobie późnego kapitalizmu gdzie utowarowieniu ulega ludzkie ciało.

Anne Imhof



.
      Pawilon izraelski to dosłownie bomba. Rzeźba wybuchu składa się ze specjalnej waty i wycieniowana jest farbą w sprayu (tak mi się wydawało). Poza tym wrażenie robi wszechobecna pleśń: na ścianach i na podłodze, z której formowane są ornamenty i pejzaże (Dolina Jezrelu w mroku). Autor opanował sztukę hodowania pleśni. Wszystkie obrazy nawiązują do historii Izreaela.

Gal Weinstein





      Pawilon kanadyjski przyciąga wszystkich zmęczonych turystów. Mało kogo obchodzi geneza pracy. Wszyscy chłodzą się w przedziwnych fontanienkach tryskających wodą z drewnianych belek. Czasami sprawia to komiczne wrażenie. Instalacja osobliwości. Jest nawet zegar z jakimś kołem obrotowym napędzany wodą. Nasz punkt widzenia ulega zmianie gdy dowiadujemy się o wszystkich wątkach związanych z pracą, a przede wszystkim o tym, że wszystkie artefakty pochodzą z miejsca wypadku, w którym zginął dziadek autora. 



https://www.youtube.com/watch?v=0hnny7h7lto




      Niezły był również pawilon japoński oraz rosyjski, ale to materiał na innego posta. Również inną historią są  wystawy artystów indywidualnych, o których chciałbym napisać następnym razem.



środa, 3 maja 2017

Drzwi


          W pomieszczeniu, do którego wszedł delikwent była masa drzwi. Pomyślał, że to niespotykane, ponieważ oprócz ogromnej ilości cechowały je różnorodne atrybuty. Pierwsze z rzędu: dębowe, lakierowane ze żłobionymi fragmentami. Widać solidne, a przy tym jakie eleganckie. Złota inkrustowana klamka – majstersztyk. Kolejnymi drzwiami zachłysnął się równie podobnie. Sosna zabezpieczona warstwą bejcy. Drewno nabrało przez to niesamowitego połysku i sznytu. Delikwent przybliżył wzrok, aby bliżej zbadać powierzchnie. Delektował się rysunkiem słojów, które finezyjnie przecinały całość. Klamki jakby z włókna szklanego idealnie grały ze strukturą drewna.  Przez chwilę pomyślał, że zaczyna rozumieć, o co chodzi w tym całym pomieszczeniu. Przyglądając się następnemu wejściu, oniemiał. Pokryte było blachą stalową ocynkowaną i wykończone laminatem drewnopodobnym. Szare, zniechęcające. Co za chała – pomyślał, a do tego klamka jakby wyłożona szpilkami. Kolejne były podobne – pokryte drewnopodobną okleiną. Chodząc tak w kółko, znów zaczął się zastanawiać się nad sensem całego tego przeglądu, tym bardziej że nie było żadnych cen, więc chyba nie chodziło o wyprzedaż. Wyszedł z galerii zmartwiony, nie dowiedziawszy się tego dnia, do czego drzwi naprawdę służą.        Następnego dnia bogatszy o doświadczenie przestał zwracać uwagę na same drzwi, tylko natychmiast zaczął otwierać każde po kolei. Pomieszczenia, które odsłaniały się przed nim, nijak się miały do lichej materialności samych wejść. Oferowały znacznie więcej, niż mógłby to opisać słowami. Czuł się trochę, jakby wyszedł z Jaskini Platona. Prawdą jest jednak, że nie udało mu się tego dnia otworzyć wszystkich drzwi. Niektóre były zamknięte na klucz. Niektóre nie miały klamek lub były nieaktywne (czytaj – nic za nimi nie było). Z biegiem lat delikwent zbierał wiedzę (klucze), która pozwalała mu otwierać coraz większą ilość drzwi. Do dzisiaj tłumaczy innym delikwentom, aby również próbowali otwierać niektóre z nich, ale ci często zachłyśnięci koronkowymi ozdobami na ich powierzchni szybko zapominają, co mówił. On sam nie przejmuje się tym w duchu wypowiadając słowa Goluma z Władcy pierścieni: „my precious”...


cdn. 

niedziela, 19 marca 2017

Elektroniczny "charakter pisma"

          Kształt stawianych liter określa nasz temperament, możliwości manualne, a z punktu widzenia grafologa pewnie znacznie więcej. Ostatnio sporo pisałem i rysowałem  na komputerze i po tym okresie, w pewnym momencie, chciałem coś zanotować długopisem w zeszycie. Wtedy poczułem się przez chwilę, jakbym miał dwie lewe ręce. Było to jakieś nieporadne. Papier, długopis i moja ręka nie chciały się ze sobą dogadać. Poza tym to pismo nie było do końca moje. Zacząłem od tamtej pory skrzętnie notować swoje myśli na papierze za pomocą ołówka i po kilku dniach zauważyłem, że pismo wraca do normy, robi się coraz bardziej płynne, zaczyna mi odpowiadać. 
          Naszła mnie refleksja związana z rozwojem tabletów i innych gadżetów, które zostawiają nasz elektroniczny ślad. Często możemy spotkać się z tym w urzędach, również kurier prosi nas o taki podpis. Załóżmy hipotetycznie, że już za kilka lat wejdzie to do użytku codziennego. Będziemy notować, pisać, rysować na tabletach. Oczywiście już w jakimś stopniu to robimy. Przyjmijmy, że bezwzględnie wypełni to nasz cały świat. Ktoś mógłby zapytać, czy jest właściwie różnica, przecież zarówno tu, jak i tu używamy ręki. Otóż różnica jest kolosalna, bo zaczyna rosnąć ogromny dystans pomiędzy naturalnym narzędziem (ołówek, długopis, pędzel) a ręką skoordynowaną z naszą myślą. Zamiast tego mamy określone stopnie nacisku oraz pozorny ślad, który udaje narzędzie (niektóre programy dają niesamowite złudzenie tego śladu). Istotne jest też to, że tracimy haptyczną przyjemność. Zmysł dotyku, który w odczuwaniu świata ma niebagatelne znaczenie, sprowadzony zostaje do kontaktu z kawałkiem plastiku (piórko tabletu). Nie możemy również dotknąć papieru, określić jego gramatury, ziarnistości, gładkości. I dlatego zaczyna tworzyć się ogromny dystans. Skraca się zmysłowa ciekawość, zróżnicowanie reakcji cielesnych – wszystko to zostaje spłaszczone, ograniczone i zastąpione nienaturalnym, elektronicznym śladem. 
          Nie bez powodu tak ważne w życiu małego dziecka jest rozwijanie multisensorycznej percepcji. Dziecko poznaje np. zapach kredek, ich konsystencje, a niekiedy nawet smak, kiedy sprawdza, czy to smaczne. Dlatego operowanie naturalnymi narzędziami pozwala nam od maleńkości wyrażać myśl za pomocą cielesnej wyobraźni. Na tablecie nie miejsca na przypadkowe kleksy, chlapnięcia, rozmazania dłonią, czyli wszystko to, co składa się na twórczą  spontaniczność. Dzięki temu jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz pomyślanego przedmiotu, a to rodzi empatie, wrażliwość oraz potęguje cielesną identyfikację. Haptyczny kontakt z narzędziem twórczym poszerza wyobraźnię. Pisanie i rysowanie na tablecie spłyca ją. Poza tym, co to za przyjemność, kiedy nie można powąchać farby, stopić się z jej materią, wyczuć potencjał w niej ukryty. A woń terpentyny czy zapach ołówka? Palce lubią miękkość pasteli topiących się w dłoni, konsystencje gumki chlebowej – czy to nie jest piękne?

poniedziałek, 13 marca 2017

Notowania, rekordy, spadki – czyli ‘woda z mózgu’





Jest kilka zjawisk w polskiej ‘sztuce’ od których jeży się włos na głowie.


Aukcje sztuki szczególnie tej młodej to istny Armagedon. Totalny upadek moralny. Kicz, łajno i szambo.


Wystarczy, że trafisz przypadkowo na Internecie na coś, co się nazywa: ‘notowania, spadki, rekordy na polskich aukcjach sztuki’ to od razu zauważysz, że coś tam nie gra.


Utowarowienie, zmiana funkcji dzieła z kontemplacyjnej na ozdobną, nikła wartość artystyczna, brak treści lub jej spłycenie.


Do tego, jak zauważysz ceny, za które się sprzedały niektóre prace, będziesz przecierał oczy ze zdumienia i zastanawiał się, o co chodzi. Wydaje się, że to nie iluzja.

Widzę tam nieraz swoich znajomych, ale przyrzekam, że to nie jest nic personalnego.


Dziwi fakt, że ludzie kupują tak słabe prace. Albo jest to zasługa specjalistów od pijaru, którzy za wszelką cenę muszą utrzymać galerię albo wysoki stopień imbecylizmu tych, którzy to kupują. Zapewne po trosze jedno i drugie.


Z tego, co zauważyłem, osoby niemające styczności ze sztuką są w stanie dostrzec, że większość tych prac jest poniżej poziomu artystycznego. Nadal więc nie rozumiem, jak ludzie dają się tak ‘nabijać w butelkę’. Czyżby sami organizatorzy robili ‘sztuczne zakupy’, napędzając koniunkturę?


To tylko moja fantazja, być może absurdalna jak cały ten cyrk.


Trzeba uważać na to, co się piszę, bo za takie posty można zostać ‘unieszkodliwionym’ przez ich lobbystów;)


Co w takim razie można zrobić, gdy ktoś pierdzi przy stole?


Udawać, że się tego nie słyszało.

czwartek, 2 marca 2017

Spacer po galerii sztuki

        Często artysta proszony jest o "wyjaśnianie" swoich prac, tak jakby zmuszano go do przekraczania swoich kompetencji. Długa epikryza zwykle kończy się całkowitym zaburzeniem odbioru i utratą świeżości pracy. Z tego też względu odbiorca powinien wziąć odpowiedzialność na siebie i na podstawie wcześniejszych prac artysty na własny rachunek odczytać dzieło (sposoby odczytania zależne są oczywiście od osobistych doświadczeń estetycznych). Następnie powinien skonfrontować swoje przemyślenia             z opiniami swoich znajomych, z tekstami krytyków, a przede wszystkim z przemyśleniami samego artysty. Dzieło artystyczne jest tworem otwartym, "żywym", niepodlegającym dokładności matematycznej. Nie pozwólmy ukrócać tego potencjału, bagatelizować tej niedookreśloności. Dobrze oddają to słowa Romana Ingardena:

Dzieło sztuki jest niedookreślone, czyli zawiera w sobie różne możliwości określeń, konkretyzacji, interpretacji. Konkretyzacje dzieła sztuki dokonywane są przez odbiorcę, stając się przedmiotem estetycznym, czyli dzieło sztuki plus konkretny jego odbiór daje przedmiot estetyczny. Analogicznie do tego wartości artystyczne, które tkwią w dziele w sposób obiektywny pod wpływem przeżycia odbiorcy, czyli doświadczenia estetycznego stają się wartościami estetycznymi. Liczba konkretyzacji jest nieograniczona, zależna od odbiorców.

Dzieło sztuki jest  ciągle "żywe". Owszem, artysta powinien określić motywy swojego działania, nadać kierunek myśli widza, ale w żadnym wypadku nie powinien wyjaśniać "punkt po punkcie" założeń swojej pracy. Taka referencja może okazać się szkodliwa, a także zwodnicza  dla "dziecięcej wrażliwości" samego odbiorcy. Widz powinien mieć maksymalną  swobodę w swoim przeżyciu estetycznym. Artysta powinien dać mu [widzowi] możliwość skorzystania z wielu furtek prowadzących ,,do wnętrza” pracy. Odbiorca często jest jak dziecko (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), które pragnie wejść w każdy zakamarek, a artysta lub  krytyk często staje się surowym rodzicem, który odwodzi dziecko od "niebezpiecznych" zabaw czy miejsc.       W dziele sztuki takich miejsc nie ma.

Dobrze gdyby artysta był bardziej oszczędny w swoich opisach i starał się delikatnie zakreślać obszar, w jakim ma się poruszać widz. Dobrze gdyby był "wyrozumiałym rodzicem", który nie tłamsi wrażliwości dziecka, ale pod własną kontrolą daje mu instrumenty do jej rozwijania.

czwartek, 2 lutego 2017

Blemmici i głowonogi



      Blemmici nie mają głowy. Zamiast tego ich oczy i usta umieszczone są w okolicach brzucha. Blemmici to nie do końca postacie fikcyjne. W XVII wieku były przypadki urodzeń ,,dziwnych noworodków” i zapewne na tej podstawie powstały różne legendy i wyobrażenia. Interesujący jest jednak inny kontekst. Zastanawiające jest pytanie: jak wyglądałby portret tej postaci? Jeśli z definicji portret to ujęcie cech zewnętrznych twarzy a Blemmit twarzy nie ma, na kartce umieścilibyśmy ,,ściętą szyję" i pustą przestrzeń. Z kolei jeśli Blemmit ma oczy i usta w okolicach brzucha to ujmując całość na kartce nazwalibyśmy rysunek raczej aktem. A jak wyglądałby portret głowonoga? Głowa złączona z nogą. Wydawałoby się, że końcowy efekt byłby aktem i portretem w jednym. Rozwiązanie tych problemów nie jest oczywiste jeśli trzymamy się mocno stałych paradygmatów. Aby bardziej otworzyć wyobraźnię widza należałoby przytoczyć kilka niespotykanych przypadków neurologicznych, w których widzenie twarzy ma znaczenie kliniczne.

Zespół Capgrasa - ludzie dotknięci tą dysfunkcją w mózgu popadają w głębokie przekonanie, że ktoś uprowadził ich bliskich, podrzucając dublerów. Przeważnie zgłaszają porwanie na policję, co kończy się nieporozumieniem. W rezultacie chorzy próbują cały czas zdemaskować ,,oszustów'', i albo szukają dowodów na ich kłamstwa, albo godzą się na taki stan rzeczy i opłakują utratę rodziny.

Reduplikatywna paramnezja - odznacza się multiplikacją osób. Chorzy twierdzą, że mają np. osiem podwójnych żon i dzieci, które mieszkają w kilkakrotnie skopiowanych miastach. Domniemania nie mają pokrycia w faktach. Byłoby to zaburzenie spektakualarnie przerażające, gdyby twarze przedstawiały się jako zwielokrotnione własne kopie.

Zespół Cotarda - objawia się poczuciem wewnętrznej martwoty, śmierci. Chorzy myśląc, że umarli, przestają jeść, co prowadzi do anoreksji. Choroba przeważnie towarzyszy depresji, psychozie maniakalno-depresyjnej oraz schizofrenii paranoidalnej. Jak musi wyglądać w lustrze twarz, która umarła? Z pewnością nikt żywy nie odpowie na to pytanie.

Zespół Fregoliego - u ludzi z tym zespołem występuje poczucie identyczności spotykanych osób, rozpoznają je, mimo że są im całkowicie obce. Nazwa schorzenia pochodzi od znanego włoskiego aktora Leopolda Fregoliego, który potrafił niesamowicie przekonująco naśladować cechy charakterystyczne innych ludzi.

Intermetamorfozja – ludzie dotknięci tym przypadkiem widzą osoby w swoim otoczeniu, które dowolnie wymieniają się swoimi właściwościami fizycznymi. Spostrzegają twarz, która niczym Proteusz przekształca się w inną.




sobota, 14 stycznia 2017

Selfie - autoportret mas

Autoportret selfie jest zjawiskiem dosyć nowym i obszernym jeśli chodzi o metodologię badań. Pierwszorzędny temat na dysertację naukową, chociażby ze względu na swą aktualność i wielokierunkowe ujęcia. Zarówno artysta, kulturoznawca jaki i psycholog mogą poczęstować się tym świeżym bochenkiem chleba. Jeśli chodzi o mój wywód, będzie to raczej powierzchowny szkic, w którym nakreślę obszar swoich dociekań. 

The notion of selfie is a quite new and well-known phenomenon in the terms of the study methodology. It is an excellent subject for a scientific thesis, thanks to its topicality and multidisciplinary apprehension. An artist, a culture expert or even a psychologist could help oneself with this fresh loaf of bread. In regard to my own disquisition, it will rather be a futile sketch in which I will try to describe the area of research. 

Interesująca w tej formie autoportretu (w popularnym ujęciu ,,z dziubkiem”) jest stylistyka oraz rodzaj motywacji. Kompozycja większości tych ujęć jest prosta - centralne ujęcie twarzy en face. Model spogląda w naszą stronę, ale nie patrzy bezpośrednio na nas. Możemy odnieść wrażenie jakby przyglądał się w lusterku, skupiając się na sobie, nawet jeśli to my w jego intencji jesteśmy adresatami tego autoportretu.

Interest in this form of self-portrait (in the famous clip with a 'duck-face') is the stylistic and types of motivations. Most of the time, the composition of those captures is simple – a direct seizure of the face en face. The model looks in our direction, but he or she is not looking directly at us. We might have an impression that the model is looking at himself in a mirror, focusing on himself, even if intentionally we are the addresses  of the self-portrait. Interest in this form of self-portrait is the stylistic and types of motivations in the famous clip with a 'duck-face'.

Proces powstawania takiego autoportretu paradoksalnie może trwać dłużej niż wykonanie portretu olejem na płótnie. Trzeba wziąć pod uwagę, że modelka musi się ucharakteryzować, poszukać właściwego ułożenia głowy, a następnie spośród dziesiątek zdjęć, tracąc kolejne minuty,  wyselekcjonować odpowiednie ujęcia.

The process of creating this kind of self-portrait can paradoxically take more time than painting an oil-on-canvas portrait. We have to take into consideration that the model has to put some make up on, look for a proper position for the head, and after having taken a dozen of pictures, she has to lose another minutes on selecting a perfect capture.

Gotowe zdjęcie - ,,dzieło” – to wybór często sugerowany galerią ,,idealnych twarzy” płynących strumieniem z massmediów. Wzorce tych masek kreują smak i poniekąd wizerunek modela. Co możemy zauważyć na tych ,,dziełach”? – gładkie, smukłe twarzyczki ,,z dziubkiem” stylizowane na gwiazdy z za oceanu. Te przedstawienia diametralnie różnią od autoportretów wielkich mistrzów, aczkolwiek to, co je łączy to filtr upiększania.  Jednakże w przypadku selfie efekt ten ma bardziej nierealny wydźwięk, jakby sprawiał wrażenie już nie człowieka, a awatara.

The finished picture- the master piece – is a  choice suggested with a gallery of  'perfect faces' flowing from mass media. The pattern of these masks create the tast and more or less the image of the model. What can we admire on these 'masterpieces'? Smooth small faces with a duck face stylized like the American stars. Those representations are completely different from the traditional self-portraits done by great master, however, what they have in common is the beauty filter.  In the case of selfie, the effect has more an unreal overtone, as if it would give an impression that the model is no more a human-being, but an avatar.

Galeria tych zjawisk jest obszerna. Poszczególne z nich nie zawierają znaczących różnic. Niektóre informują: OTO JA. Inne z kolei usprawiedliwiają siebie: TO TYLKO TAKA JA. Albo wręcz manifestują: HELLO TO JA, TUTAJ. Miarą słuszności tych apeli ma być ,,licznik lajków” – probierz akceptacji społecznej, który decyduje o poziomie samozadowolenia lub poczuciu ,,wykluczenia”.

The gallery of this phenomenon is extensive. Each of them does not contain any significant differences. Some of them inform : 'it's me,' other justify herself: 'it is just simple me' or scream: 'hello it's me here.'  The scale of each appeal is the number of 'likes' – substitute of social acceptance, which may decide about level self-satisfaction or sense of exclusion.

Twórcy selfie rozświetlają lub zaciemniają części własnej twarzy, eksponując w ich mniemaniu walory, które zasługują na uwagę.  Produkują ułudę, która staje się częścią kultury masowej, depersonalizując jednostkę. Rasowy twórca selfie paradoksalnie sam sobie odbiera twarz, tworząc symulakr. Materializuje własne wyobrażenia karmione medialnym marketingiem.

The creators of selfie brighten or darken certain parts of their faces, expose the value which according to them deserve attention. They create illusive idols, which become a part of mass culture unhumanizing the unit. A pure creator of selfie paradoxically takes back his own face, creates a simulacrum. He materializes own imagination fed media marketing.

Zaciemnianie własnej twarzy jest  produktem niezgody na siebie - na taką jaka/jaki jestem w rzeczywistości, albo też próbą wczucia się na chwilę w kogoś innego jak przy pomocy przebrania karnawałowego. Stajemy się na chwilę gwiazdą filmową lub herosem. Spełniamy swoje fantazje.  Selfie staje się w tym układzie narzędziem do kreowania i wymyślania wizerunku, ale też sposobem na łatanie pewnych deficytów mniej lub bardziej urojonych, stwarzających kompleks bycia sobą. To jest już niebezpieczne.

Obfuscate own face is a product of disagreement with onself – with what we are in reality, or an attempt of being someone else, like with a carnival costume. We can become a movie star or a hero for a moment. We make our fantasies come true. Selfie become a tool to creating an image, or a method to patch up certain more or less imagines shortages, which create the complex to be onself. It is even dangerous.

Selfie jak każde zjawisko może mieć dobre strony. Jeśli chodzi o narzędzie budowania relacji interpersonalnych kultura selfie nie ma sobie równych. Selfie informuje znajomych o tym gdzie znajduje się model, co aktualnie przeżywa, jak mu się wiedzie. Zachęca to innych użytkowników do komentowania tych poczynać, tworząc swoiste interakcje. 


Selfie as any other phenomenon has its bright sides. The culture of Seflie is an excellent tool to built interpersonal relations. Moreover, selfie can inform the followers, where the model is situated, what the model feels like, how he or she is doing. It also encourages the other followers to comment on his or her adventures, creating a specific interactions.


 Żeby sprawę rozjaśnić podam przykład najsławniejszego selfie: Akihiko Hoshide, selfie z kosmosu, 5 września 2012 (selfie nie do przebicia). 

In order to make the issue more clearer, I give an example of the most famous selfie: Akihiko Hoshide, a selfie from the space, 5th of September, 2012