wtorek, 1 sierpnia 2017

Co słychać na Biennale w Wenecji ?- pawilony




      Biennale oprócz dwóch głównych miejsc: Arsenału i Giardini było rozsiane po całym mieście. Trzeba idealnie zaplanować dwa dni zwiedzania (bo tyle jest ważny bilet wstępu za 30E), aby zobaczyć pawilony wszystkich państw i wystawy artystów indywidualnych. Nam niestety się to nie udało i poza kilkoma prezentacjami w samym mieście skupiliśmy się na centrum całego Biennale. Już na samym wejściu miałem plan oglądać prace tzw.  „naiwnym okiem” , na prędkości, bez posiłkowania się opisami, historią artysty itd. Pomyślałem, że zrobię to później. Szczerze mówiąc niektóre prace miały taką siłę oddziaływania, że opis był czasami  małym „mącikiem”, który obniżał wzniosłość realizacji. W kilku pawilonach odniosłem takie właśnie wrażenie.  W  niektórych było odwrotnie – dopiero opis pomagał mi odczytać dzieło.

     Szczególnie oddziałał na mnie pawilon włoski. Wchodząc do jego wnętrza na wstępie trąci grobem. Mało tu przytulnie. Odniosłem wrażenie jakbym był w laboratorium na pokładzie statku   kosmicznego, gdzie w każdym pomieszczeniu są trupy w różnych stadiach rozkładu.  Twórcą powyższego pomieszczenia oraz rzeźb z różnego rodzaju materiałów jest Roberto Coughi,  a rozległa instalacja nosi tytuł ,,Imitacje Chrystusa”. Widać w tej ,,fabryce ciał” obsesyjne działanie artysty, który regulując temperaturę i wilgotność każdego oddzielonego pomieszczenia, bada odporność, a raczej marność materii. Na rzeźbach, często szczątkowych formują się różnego rodzaju grzyby i mikroustroje. Dookoła spostrzegamy skomplikowaną aparaturę do tworzenia tych „ciał” i mamy wrażenie jakby doktor Frankenstein wyszedł na chwile na spacer, ale zaraz wróci i może nas zastać. Jestem tu nieproszony. Czuję to wyraźnie spoglądając na stoły prosektoryjne. Nie wiem jak długo mogą leżeć te ciała. Po stopniu  ich rozkładu podejrzewam, że co najmniej kilka lat. Na ścianie wiszą trofea: głowy, ręce, nogi. Nic się nie marnuje. Autor pieczołowicie dba, aby cała materia jego dzieła przeszła przez cały długi proces rozpadu. Największą podnietą dla niego nie jest jednak to, że te rzeczy znikają ale to, że „cierpią". Sensem tej pracy wydaję się być samo cierpienie, jego zapis i objawy.








      Przechodząc do pomieszczenia obok na chwilę odpoczywam od tych dantejskich obrazów. Wchodzę w ciemny las rusztowań, podtrzymujących cały sufit, który zdaje się być bardzo  nisko (około 2 metry). Dopiero po chwili w tej ciemności można dostrzec szerokie metalowe schody prowadzące do góry, a tam jakby na sali kinowej podczas seansu siedzą ledwo widzialni ludzie, którzy patrzą gdzieś w głąb, w coś, co jest nad rusztowaniem. Widzę już ich twarze. Bardzo przejęte. Zapewne kolejne makabryczne obrazy. Wchodzę i patrzę, a tam coś, czego od razu nie mogę zrozumieć. Rozległa powierzchnia, która jest odbiciem właściwego drewnianego stropu w tym ogromnym pomieszczeniu. Panuje półmrok, dlatego nie mogę określić na co patrzę. Ten oszałamiający krystaliczny obraz wyglądał jak iluzoryczna dziura z lustrzaną wersją sufitu, do której, czuję że bez problemu mógłbym wyciągnąć rękę. Po lewej stronie widzę turystę, który robi zdjęcia. To jedyne miejsce, w którym ta dziwna osobliwość jest w  zasięgu widza. Czułem się jakbym za chwilę miał odkryć nowy świat. Podszedłem do brzegu i wyciągając dłoń nadal przekonany, że napotka próżnię,  poczułem wodę, która przed chwilą cicha jak grób, teraz stworzyła grzbiet fali.


Giorgio Andreotta Calo, Bez tytułu-Koniec świata





      Wrażenie robi pawilon niemiecki. Powierzchnia galerii wyłożona była szkłem metr nad właściwą podłogą. Wchodząc do środka zacząłem rozumieć co znaczy powiedzenie: „stąpać po niepewnym gruncie”. Nie było to przyjemne uczucie. Ciągła obawa, że podłoga się załamie. Nie zastaliśmy performansu, który był głównym punktem pracy, ani dobermanów, które miały tam pilnować. Na dokumentacji widać jak pod szklaną podłogą przemieszczają się statyści wykonując proste czynności. Z powodu małej przestrzeni pod podłogą byli  bardzo ograniczeni, w dodatku obserwowani, a także upodmiotowieni bez reszty. Praca była bardzo złożona, składała się z kilku istotnych elementów, których nie zawsze udało się zastać. Tytuł Faust nadaje pracy szczególny kontekst. Archetyp dzisiejszego poszukiwacza prawdy, mądrości, który w celu jej zdobycia nie  zawaha się postawić na szali swojej duszy. Praca wydaje się być współczesnym obrazem jednostek poszukujących istoty rzeczywistości - w dobie późnego kapitalizmu gdzie utowarowieniu ulega ludzkie ciało.

Anne Imhof



.
      Pawilon izraelski to dosłownie bomba. Rzeźba wybuchu składa się ze specjalnej waty i wycieniowana jest farbą w sprayu (tak mi się wydawało). Poza tym wrażenie robi wszechobecna pleśń: na ścianach i na podłodze, z której formowane są ornamenty i pejzaże (Dolina Jezrelu w mroku). Autor opanował sztukę hodowania pleśni. Wszystkie obrazy nawiązują do historii Izreaela.

Gal Weinstein





      Pawilon kanadyjski przyciąga wszystkich zmęczonych turystów. Mało kogo obchodzi geneza pracy. Wszyscy chłodzą się w przedziwnych fontanienkach tryskających wodą z drewnianych belek. Czasami sprawia to komiczne wrażenie. Instalacja osobliwości. Jest nawet zegar z jakimś kołem obrotowym napędzany wodą. Nasz punkt widzenia ulega zmianie gdy dowiadujemy się o wszystkich wątkach związanych z pracą, a przede wszystkim o tym, że wszystkie artefakty pochodzą z miejsca wypadku, w którym zginął dziadek autora. 



video
https://www.youtube.com/watch?v=0hnny7h7lto




      Niezły był również pawilon japoński oraz rosyjski, ale to materiał na innego posta. Również inną historią są  wystawy artystów indywidualnych, o których chciałbym napisać następnym razem.