niedziela, 19 marca 2017

Elektroniczny "charakter pisma"

          Kształt stawianych liter określa nasz temperament, możliwości manualne, a z punktu widzenia grafologa pewnie znacznie więcej. Ostatnio sporo pisałem i rysowałem  na komputerze i po tym okresie, w pewnym momencie, chciałem coś zanotować długopisem w zeszycie. Wtedy poczułem się przez chwilę, jakbym miał dwie lewe ręce. Było to jakieś nieporadne. Papier, długopis i moja ręka nie chciały się ze sobą dogadać. Poza tym to pismo nie było do końca moje. Zacząłem od tamtej pory skrzętnie notować swoje myśli na papierze za pomocą ołówka i po kilku dniach zauważyłem, że pismo wraca do normy, robi się coraz bardziej płynne, zaczyna mi odpowiadać. 
          Naszła mnie refleksja związana z rozwojem tabletów i innych gadżetów, które zostawiają nasz elektroniczny ślad. Często możemy spotkać się z tym w urzędach, również kurier prosi nas o taki podpis. Załóżmy hipotetycznie, że już za kilka lat wejdzie to do użytku codziennego. Będziemy notować, pisać, rysować na tabletach. Oczywiście już w jakimś stopniu to robimy. Przyjmijmy, że bezwzględnie wypełni to nasz cały świat. Ktoś mógłby zapytać, czy jest właściwie różnica, przecież zarówno tu, jak i tu używamy ręki. Otóż różnica jest kolosalna, bo zaczyna rosnąć ogromny dystans pomiędzy naturalnym narzędziem (ołówek, długopis, pędzel) a ręką skoordynowaną z naszą myślą. Zamiast tego mamy określone stopnie nacisku oraz pozorny ślad, który udaje narzędzie (niektóre programy dają niesamowite złudzenie tego śladu). Istotne jest też to, że tracimy haptyczną przyjemność. Zmysł dotyku, który w odczuwaniu świata ma niebagatelne znaczenie, sprowadzony zostaje do kontaktu z kawałkiem plastiku (piórko tabletu). Nie możemy również dotknąć papieru, określić jego gramatury, ziarnistości, gładkości. I dlatego zaczyna tworzyć się ogromny dystans. Skraca się zmysłowa ciekawość, zróżnicowanie reakcji cielesnych – wszystko to zostaje spłaszczone, ograniczone i zastąpione nienaturalnym, elektronicznym śladem. 
          Nie bez powodu tak ważne w życiu małego dziecka jest rozwijanie multisensorycznej percepcji. Dziecko poznaje np. zapach kredek, ich konsystencje, a niekiedy nawet smak, kiedy sprawdza, czy to smaczne. Dlatego operowanie naturalnymi narzędziami pozwala nam od maleńkości wyrażać myśl za pomocą cielesnej wyobraźni. Na tablecie nie miejsca na przypadkowe kleksy, chlapnięcia, rozmazania dłonią, czyli wszystko to, co składa się na twórczą  spontaniczność. Dzięki temu jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz pomyślanego przedmiotu, a to rodzi empatie, wrażliwość oraz potęguje cielesną identyfikację. Haptyczny kontakt z narzędziem twórczym poszerza wyobraźnię. Pisanie i rysowanie na tablecie spłyca ją. Poza tym, co to za przyjemność, kiedy nie można powąchać farby, stopić się z jej materią, wyczuć potencjał w niej ukryty. A woń terpentyny czy zapach ołówka? Palce lubią miękkość pasteli topiących się w dłoni, konsystencje gumki chlebowej – czy to nie jest piękne?

poniedziałek, 13 marca 2017

Notowania, rekordy, spadki – czyli ‘woda z mózgu’





Jest kilka zjawisk w polskiej ‘sztuce’ od których jeży się włos na głowie.


Aukcje sztuki szczególnie tej młodej to istny Armagedon. Totalny upadek moralny. Kicz, łajno i szambo.


Wystarczy, że trafisz przypadkowo na Internecie na coś, co się nazywa: ‘notowania, spadki, rekordy na polskich aukcjach sztuki’ to od razu zauważysz, że coś tam nie gra.


Utowarowienie, zmiana funkcji dzieła z kontemplacyjnej na ozdobną, nikła wartość artystyczna, brak treści lub jej spłycenie.


Do tego, jak zauważysz ceny, za które się sprzedały niektóre prace, będziesz przecierał oczy ze zdumienia i zastanawiał się, o co chodzi. Wydaje się, że to nie iluzja.

Widzę tam nieraz swoich znajomych, ale przyrzekam, że to nie jest nic personalnego.


Dziwi fakt, że ludzie kupują tak słabe prace. Albo jest to zasługa specjalistów od pijaru, którzy za wszelką cenę muszą utrzymać galerię albo wysoki stopień imbecylizmu tych, którzy to kupują. Zapewne po trosze jedno i drugie.


Z tego, co zauważyłem, osoby niemające styczności ze sztuką są w stanie dostrzec, że większość tych prac jest poniżej poziomu artystycznego. Nadal więc nie rozumiem, jak ludzie dają się tak ‘nabijać w butelkę’. Czyżby sami organizatorzy robili ‘sztuczne zakupy’, napędzając koniunkturę?


To tylko moja fantazja, być może absurdalna jak cały ten cyrk.


Trzeba uważać na to, co się piszę, bo za takie posty można zostać ‘unieszkodliwionym’ przez ich lobbystów;)


Co w takim razie można zrobić, gdy ktoś pierdzi przy stole?


Udawać, że się tego nie słyszało.

czwartek, 2 marca 2017

Spacer po galerii sztuki

        Często artysta proszony jest o "wyjaśnianie" swoich prac, tak jakby zmuszano go do przekraczania swoich kompetencji. Długa epikryza zwykle kończy się całkowitym zaburzeniem odbioru i utratą świeżości pracy. Z tego też względu odbiorca powinien wziąć odpowiedzialność na siebie i na podstawie wcześniejszych prac artysty na własny rachunek odczytać dzieło (sposoby odczytania zależne są oczywiście od osobistych doświadczeń estetycznych). Następnie powinien skonfrontować swoje przemyślenia             z opiniami swoich znajomych, z tekstami krytyków, a przede wszystkim z przemyśleniami samego artysty. Dzieło artystyczne jest tworem otwartym, "żywym", niepodlegającym dokładności matematycznej. Nie pozwólmy ukrócać tego potencjału, bagatelizować tej niedookreśloności. Dobrze oddają to słowa Romana Ingardena:

Dzieło sztuki jest niedookreślone, czyli zawiera w sobie różne możliwości określeń, konkretyzacji, interpretacji. Konkretyzacje dzieła sztuki dokonywane są przez odbiorcę, stając się przedmiotem estetycznym, czyli dzieło sztuki plus konkretny jego odbiór daje przedmiot estetyczny. Analogicznie do tego wartości artystyczne, które tkwią w dziele w sposób obiektywny pod wpływem przeżycia odbiorcy, czyli doświadczenia estetycznego stają się wartościami estetycznymi. Liczba konkretyzacji jest nieograniczona, zależna od odbiorców.

Dzieło sztuki jest  ciągle "żywe". Owszem, artysta powinien określić motywy swojego działania, nadać kierunek myśli widza, ale w żadnym wypadku nie powinien wyjaśniać "punkt po punkcie" założeń swojej pracy. Taka referencja może okazać się szkodliwa, a także zwodnicza  dla "dziecięcej wrażliwości" samego odbiorcy. Widz powinien mieć maksymalną  swobodę w swoim przeżyciu estetycznym. Artysta powinien dać mu [widzowi] możliwość skorzystania z wielu furtek prowadzących ,,do wnętrza” pracy. Odbiorca często jest jak dziecko (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), które pragnie wejść w każdy zakamarek, a artysta lub  krytyk często staje się surowym rodzicem, który odwodzi dziecko od "niebezpiecznych" zabaw czy miejsc.       W dziele sztuki takich miejsc nie ma.

Dobrze gdyby artysta był bardziej oszczędny w swoich opisach i starał się delikatnie zakreślać obszar, w jakim ma się poruszać widz. Dobrze gdyby był "wyrozumiałym rodzicem", który nie tłamsi wrażliwości dziecka, ale pod własną kontrolą daje mu instrumenty do jej rozwijania.